JULIA NERWICZ - blog czyli pamiętnik spisywany przez Korka

 JULIA NERWICZ - blog czyli pamiętnik spisywany przez Korka

Szczególne podziękowania dla Korka!2003-10-26

Witam !
Pisać będę w imieniu p. Julii Nerwicz, ponieważ ona sama ma nieco za krótkie rączki, żeby to robić. Julka jest norwich terrierem, a każda próba nazwania jej psem może się źle skończyć ! Ma bardzo wysokie mniemanie o sobie i jakby tu powiedzieć, hmm... jest troszkę samolubna ... Obiektem uwielbienia Juleczki jest Mamusia - bezgranicznie rozkochana w niej Julka skoczyłaby w ogień, żeby tylko być razem
z nią. Wynika to z charakteru rasy, ale norwichka powiedziałaby oczywiście, że jest to cecha szczególna, którą tylko ona posiada. Razem z Julką mieszkają cztery amstaffy
i cztery cairny, więc jest jedyną przedstawicielką swojej rasy, na co cały czas narzeka. Jednak mimo pozornej niechęci do "cairniej hałastry" i "bandy amstaffów"
( cytaty z J.N. )czasem, niby to z nudów i kompletnego braku zajęć bawi się z nimi.
Oczywiście, tylko po to, "żeby wiedziały, jak się powinno bawić".

Do zobaczenia i przeczytania,
Kornelia Ch.
( niektóre fragmenty zamieszczone bez zgody Julii N. )
--------------------------------------------------------------------------------
Mamusia dopuszcza się strasznych rzeczy
2003-10-27
Dziś Mamusia powiedziała, że czas zmienić pościel. Niech sobie zmienia, pomyślałam, mi tam nie przeszkadza.
Nie rozumiem tylko, dlaczego kiedy kładę się na poduszce, mówi, że zaraz ją upaćkam. Przecież to moje łóżko,
a ona, nie dość, że jest tu tylko gościem, to jeszcze rozporządza, gdzie mam leżeć na moim łóżku ! O, nie !
Tego już za wiele. Obrażam się na Mamusię i niech nie myśli, że będę dzisiaj za nią dreptać!
A jak będzie się chciała położyć na mojej kanapce, to ją wygonię na to jej legowisko pod grzejnikiem.

Julka N.
-------------------------------------------------------------------------------- (do góry strony)
Z kim ja pracuję ?!
2003-10-29

Na Mamusię już nie jestem obrażona, bo wczoraj przy okazji obiadu dostałam smakowity kąsek.
Dzisiaj wybieram się z nią na zakupy, żeby kupić mi botki na zimę. Nie wiem jeszcze jakiego koloru,
ale na pewno z grubą podeszwą, żeby się nie ścierała od ciągłego drepetania za Mamą.
Cairniki znowu się bawiły nieuważnie i zrzuciły kilka rzeczy z regału, o ile pamiętam, był wśród nich
jakiś wazon, ale nikt się nie dowiedział o tym łobuzowaniu, bo Gafa pomogła cairnikom sprzątnąć.

Pozdrowienia, Julka N.
-------------------------------------------------------------------------------- (do góry strony)

Kaloszki

2003-10-29
Mamusia właśnie wróciła z zakupów i przyniosła mi nowe kaloszki.
Przypomniała mi się w związku z tym pewna historia, jak to próbowalam założyć winiarnię.
Uważałam wtedy, że moje kieszonkowe jest zbyt małe i muszę sobie jakoś dorobić.
Podebrałam więc tacie trochę winogron i wrzuciłam je do beczki. Niestety, była zbyt wysoka, żeby do niej wejść
i pougniatać trochę winogrona. Przystawiłam stołek do beczki, weszłam na niego i wrzuciłam kalosze do środka.
Następnie wgramoliłam się na brzeg i wskoczyłam do butów. Skakałam i skakałam, ale nic się nie ugniatało
(jak się później okazało, dlatego, że skakałam wewnątrz kaloszy). Nagle usłyszałam wołanie: "Julka, Juleczka !".
Nie było wątpliwości, to była Mamusia! Czym prędzej wskoczyłam na cholewki kaloszy, przelazłam przez beczkę
i pobiegłam do drzwi, które otworzyły się nagle. - Ach, tu jesteś Juleczko!
Wybiegłam szybko na dwór, na wszelki wypadek, gdyby Mamusia zechciała wejść dalej.
Ale na szczęście nie dowiedziała się o mojej tajemnej winiarni. A winogrona sprzedałam amstaffom
(za gruszkę od grona).

Juleczka
-------------------------------------------------------------------------------- (do góry strony)

Kombinacje na temat Świąt
2003-10-30

Gwiazdka zbliża się wielkimi krokami i trzeba zacząć myśleć, co komu podarować.
Zrobiłam listę najbardziej podstawowych rzeczy, jakie dam Mamusi:
- szalik i czapka + rękawiczki, żeby jej nie było zimno jak będzie ze mną wychodzić na spacery,
- pudełko smakołyków, żeby mogła mnie nagradzać,
- nosidełko, żebym nie musiała ścierać niepotrzebnie stopek,
- zestaw witamin odpornościowych, żeby na mnie nie kaszlała, jak śpimy razem,
- zestaw mały majsterkowicz, żeby zrobiła wreszcie schodki na tapczan, na stół i do wyższych szafek
 (po co mam się przemęczać i skakać ?),
- no może jeszcze coś dorzucę, ale trzeba zacząć zbierać już teraz, żeby wszystko było zapięte na ostatni guzik.

Wiem, wiem, każdemu się coś należy, więc pozostałym kupię po batoniku, czy coś w tym rodzaju.
Wprawdzie bilans wychodzi na zero, bo każdy daje i dostaje osiem, ale mniejsza o to.
Słyszałam, że Britta zaczyna już robić kamizelkę dla Tobka (na drutach), a cairniki zbierają koraliki
na naszyjnik dla Gafy. Tak, zaczynamy przygotowania wcześnie, ale przecież jak się ma dzień wypełniony zajęciami,
no i trzeba pilnować Mamusi i wszystkiego, to tak trzeba.
Najwyżej Karik może swoimi chwytnymi rączkami coś zmajstrować w ostatniej chwili, ale jak Karik coś majstruje,
to najczęściej jest to łobuzerski kawał (lub radio rozłożone na części).

Pozdrowienia,
zapracowana Julia N.

P.S. Pisząc o batonikach miałam na myśli batony z mięsem dostępne w sklepach zoologicznych.
-------------------------------------------------------------------------------- (do góry strony)
Trymowanie :(
2003-11-01

Dzisiaj byłam trymowana. Nie rozumiem, dlaczego ludzi trymować nie można, a nas, szorstkowłose, trzeba...
No cóż, coś za coś - albo futro, albo jak by to powiedziała Dora, łysość.

Julka
-------------------------------------------------------------------------------- (do góry strony)
Ważny telefon
2003-11-01

Dzisiaj Gafa powiedziała mi, że dzwoniła do Vaudcka Twooshchyck´a [czyt. Fałdka Tłuszczyka] i umówiła mnie na konsultacje. Vaudeck Twooshchyck to sławny na całym świecie cairni dietetyk. Szkoda, że jest cairnem, ale efekty jego pracy są zadziwiające (specjalizacja: cairnice przed porodem). Skorzystam z jego usług, bo ostatnio odczuwam,
że chudnę. Gafa zna bardzo dobrze Vaudcka i załatwia wizyty u niego swoim znajomym i dzieciom.
Partyjka piłki zupełnie go zadowala (Gafa to przecież prezes Organizacji Piłkowniczej w Polsce).
No cóż, zobaczymy, jaką dietę mi przepisze i mam nadzieję, że Mamusia się zgodzi na kilka kurczaczków tygodniowo i może jakieś przepiórki, jak zobaczy podpis sławnego Vaudcka.

Julka
-------------------------------------------------------------------------------- (do góry strony)
Stuk puk w okienko
2003-11-02

Wczoraj Korek i Marcelina zabrały całą naszą dziewiątkę na dwór. Karik chodził po płocie, Ronka z Nilsem się gonili po całym podwórku, Gafa gryzła nogi Bricie, Dora i Luśka gdzieś sobie chodziły, a Tobek stał po środku i nie wiedział z kim się bawić. Nagle Korek z Iną zaczęły się śmiać patrząc w moją stronę. Obejrzałam się, co takiego jest śmiesznego, ale nic nie zobaczyłam. Dopiero po chwili zrozumiałam, że śmieją się ze mnie ! "Jeszcze sobie popamiętają" pomyślałam, bo naprawdę to chyba nie jest śmieszne, że siedziałam i zamiast biegać patrzyłam
w kuchenne okno, gdzie siedziała Mamusia. Właściwie wcale sobie nie pobiegałam, bo cały czas patrzyłam w okno, no ale przecież Mamusi trzeba pilnować, czy się tam jakimś widelcem nie skaleczy.

Pozdrowienia, Juleczka
-------------------------------------------------------------------------------- (do góry strony)
Dziwne wypadki dnia poprzedniego
2003-11-04

Ciężki jest los osóbek, które mają krótkie nóżki i rączki, nawet nie można sobie kawy zrobić, a jak już się kogoś prosi o pomoc, to nigdy nic z tego nie wychodzi. Wstałam dzisiaj wcześnie rano, oczywiście przez te wybryki Mamusi - trzeba iść po pieczywo na śniadanie itp. Później miałam dużo roboty, i dopiero koło południa mogłam odetchnąć. Nie sięgnęłabym do blatu, żeby sobie zrobić kawę. Teoretycznie mogłam podstawić stołeczek, ale ciągłe schodzenie i przystawianie go do innej szafki jeszcze bardziej, by mnie zmęczyło. Akurat przechodziła Dora. "Trafia się okazja", pomyślałam i zaczepiłam cairnicę.
- Dora, jak zrobisz mi kawę, to rzucę ci piłkę - dało się zaobserwować wyraźny skok adrenaliny u Dory.
- Ale przecież ty nie umiesz rzucać - Dora czasem miewa przebłyski sprytu.
- Nieprawda, Roneczka wczoraj mnie uczyła i już umiem - odparłam szybko, wykazując jeszcze więcej sprytu
niż fanatyczka piłki. Stanęła w drzwiach kuchni i podrapała się po głowie.
- Roneczka też nie umie rzucać - powoli zaczynałam tracić cierpliwość.
- Umie, tylko jeszcze o tym nie wiesz.
- No dobra, zrobię ci kawę, ale za pięć piłek - Dora dała się przekonać, jednak ilość rzutów nie pokrywała się
z moimi umiejętnościami.
- Za jedną - postanowiłam rozpocząć kolejne pertraktacje.
- Pięć !
- Dwie - rzuciłam hasło, ale widziałam, że cairnica tutaj nie ustąpi i będę musiała przystać na jej warunki.
Problem polegał jednak na tym, że faktycznie nie umiem rzucać i prawdopodobieństwo dobrego rzutu zmniejszało się z każdą piłką. W wypadku nieudanej serii wystawiłabym się na pośmiewisko. Cóż, trzeba było podjąć nerwiczną decyzję - kawa czy hańba, odpoczynek czy wymówki i w końcu honor czy śmiech Dory.
Cairniczka czekała i przedreptywała nóżkami. Mój żołądek też zaczął przedreptywać i w końcu padła decyzja:
- Kawa za pięć piłek. Dora klasnęła w łapki, gdyż propozycja była dla niej nader korzystna i zabrała się do przygotowywania kawy. Ja tymczasem ułożyłam się wygodnie w fotelu czekając na ciemny napój. Po piętnastu minutach (!) z kuchni wyłoniła się Dora trzymając w łapkach filiżankę dymiącego napoju. Ku mojemu nieukrywanemu zdziwieniu zażądała:
- Najpierw piłka, potem kawa.
- Nie, nie - zaprotestowałam - kawę już zrobiłaś i jak pójdziemy grać, to wystygnie - Dorze zaczęły się trząść rączki, a filiżanka z kawą zaczęła się niebezpiecznie chybotać.
- Nie wystygnie, bo to jest kawa a´la Dora, specjalna długoterminowa - chcąc nie chcąc musiałam ustąpić,
gdyż manewry Dory groziły wylaniem na podłogę zawartości naczynia, zawartości tak długo oczekiwanej i zdobytej
po ciężkich bojach.
- No dobra, ale szybko - odrzekłam. Zagadka 15 minutowej kawy kryła się w tym, że połowę czasu Dora zużyła
na ustawianie piłki i przygotowywanie placu. Nadeszła chwila prawdy - czy uda mi się rzucić piłkę pięć razy tak,
żeby uniknąć wyśmiania ? Pierwszy rzut. Turlana piłka potoczyła się prosto do Dory. "Zaliczone" - odetchnęłam.
Drugi - nieco skrzywiony odbijaniec, ale Dora popędziła za nim i chyba nie zauważyła niedociągnięcia. Trzeci - fatalnie. Piłka poleciała w prawo, ale na szczęście przechodziła Gafa i ją złapała. Czwarty - Gafa przyłącza się
do gry. Robię wielki zamach i ... piłka leci za mnie! Dora rozgląda się za nią, ale widzi, że starsza cairnica pobiegła
w innym kierunku. Zostaję pochwalona za umięjętność rzucania ze zwodami. Uff ! Piąty, decydujący rzut. Czuję się, jakbym wykonywała rzut karny na Mistrzostwach Świata. Lekkie odchylenie do tyłu. Widać skupienie na cairnich liczkach. Z całej siły odbijam piłkę, Dora łapie ją w locie. Teraz czas na kawę. W anielskim humorze i pląsach przesunęłam się do pokoju i zagłębiłam się w fotelu myśląc o zasłużonej przyjemności. Podniosłam filiżankę
do ustek i rozkoszując się myślą o orzeźwiającym napoju przełknęłam łyk.
- Doraaaaaaaa ! - pędem wyskoczyłam z fotela i nie bacząc na różne przeszkody pobiegłam do pokoju Dory. Naciskam klamkę - zamknięte ! Z rozbiegu uderzam boczkiem w drzwi - żadnych skutków oprócz pulsującego biodra. To znaczy, pulsującego bólu w biodrze. Dora przezornie zaryglowała drzwi. Fukając i prychając wróciłam
do pokoju trzaskając drzwiami. Wzięłam naczyńko z "kawą" i wylałam jego zawartość do zlewu (nie uniknęłam przy tym przystawiania stołeczka itp.)

Tajemnicza receptura kawy a´la Dora polegała na wsypaniu kakao zamiast kawy, soli zamiast cukru i jogurtu zamiast mleka. Wyrzucam sobie, że Dora mnie przechytrzyła. Oprócz tego, że ja nie umiem rzucać piłki (a teraz właściwie już umiem), to Dora nie potrafi zaparzyć kawy.
Jula

P.S. Proszę jednak nie myśleć, że Dora jest złośliwa. Po prostu dla niej cały świat wokół piłki się kręci i cairnica zrobi wszystko, żeby ktoś rzucił jej piłkę.
-------------------------------------------------------------------------------- (do góry strony)
Poważny temat wulkanizacji
2003-11-03

Zima zbliża się wielkimi krokami, a właściwie już się zbliżyła. Czas zmienić oponki letnie na zimowe. Mało kto wie,
jak potrafią boleć stopki od całodziennego dreptania za Mamusią. Oponki ścierają się, trzeba je wymieniać raz na pół roku. Dobrze, że wypada to akurat, kiedy jest zmiana pór roku. Jutro pójdę do zakładu wulkanizacyjnego (po drugiej stronie ulicy) i poproszę, może mi wytną cztery łatki z opony. A jak nie, to w szufladzie leżą nożyczki i mogę wyciąć
z naszego samochodu. Tak będzie nawet lepiej, bo nie będę musiała nim jeździć, czego okropnie nie lubię, ze względu na chorobę lokomocyjną. Poproszę też Mamusię, żeby wyciągnęła sanki z komórki, może nawet Karik
mi zbuduje małą nadbudówkę, żebym mogła się schować w ciepełku, jak Mamusia mnie będzie ciągnąć po zimnie.

Juleczka
-------------------------------------------------------------------------------- (do góry strony)
Niedorzeczne pomysły Korka
2003-11-05

W naszym domku są strome schody i związku z tym uważam się za osobę upoważnioną do bycia znoszoną przez Mamusię. Obowiązek znoszenia mnie jest całkiem przyjemny (dla mnie), ale ku mojemu największemu zdumieniu Mamusia nie pochwala takich pomysłów. Żeby udogodnić życie w naszym domku Korek wymyślił, żeby zamontować coś w rodzaju kosza (mówi, że może też być pudełko albo coś w tym rodzaju) do szybszego transportu różnego rodzaju przedmiotów. Koszyk ten miałby być umocowany na poręczy znajdującej się nad schodami.
Byłby spuszczany na sznurku.
Pomysł może i całkiem dobry, gdyby nie to, że w zamyśle ma być to również środek transportu dla mnie, co uważam za niegodziwość w stosunku do mnie. Ogłosiłam, że jeśli będę spuszczana w koszu na dół, natychmiast uruchomię chorobę lokomocyjną. Wprawdzie takie pudło nie jest może pełnoprawnym środkiem lokomocji, ale lewitowanie nad schodami w kapsule można zaliczyć do czynności wywołujących mdłości.
Dzięki moim postulatom zrezygnowano z transportu osobników nie schodzących ze schodów, jednak w planach nadal pozostaje pojemnik na przedmioty. Chociaż Korek mówi, że spuszczanie mnie było tylko żartem, to ja nie wierzę
i zamierzam wszcząć protesty w następnej sprawie - zostałam mianowana na operatora kosza. Cóż, chyba przyjdzie mi nauczyć się schodzić po stromych schodach, inaczej znowu mi coś wymyślą.

Juleczka
-------------------------------------------------------------------------------- (do góry strony)
Moje najnowsze sukcesy
2003-11-12

Moja hodowla amstafów idzie w dobrym kierunku i widzę, że moje starania nie poszły na marne.
W niedzielę na wystawie w Poznaniu wprawdzie mnie nie było, ale Karik został Najlepszą Suką w Rasie.
Jestem całkiem zadowolona, gdyż potwierdziło się, że mam zdolności do hodowli. Na razie autografy rozdałam tylko najbliższym (Mamusia, cairniki) i czekam na resztę zamówień.

Julka
-------------------------------------------------------------------------------- (do góry strony)
Nocne wypady do lodówki
2003-11-24

Ostatnio Mamusia jest mocno zawiedziona brakiem zainteresowania z mojej strony. Oczywiście, wszystko wynika
z czegoś - mam swoje powody, żeby na noc nie dreptać niecierpliwie przed Mamusią i nie czekać, aż pójdziemy spać do mamusiowego pokoju. Odkryłam korzyści płynące z braku nadzoru w godzinach nocnych (nadzoru nad mamusią, ma się rozumieć). Otóż ostatnio słyszałam kwilenie osamotnionej lodówki. Biedaczka nie mogła sobie dać rady
z nadmiarem jedzenia harcującego po jej wnętrzu - cóż więc miałam robić ?
Czym prędziej ją otworzyłam i ujarzmiłam niesforne wędliny panoszące się na pierwszej półce.
Wprawdzie musiałam odstąpić kawałek Tobiemu w zamian za podsadzenie, ale przecież liczy się pomoc lodówce.
Ten przykład potwierdza, że miałam czyste zamiary i potrzeba zjedzenia wędliny płynęła prosto z serca,
choć nie da się ukryć, że po drodze zahaczyła o żołądek.
No, a lodówka jest mi winna serek topiony w zamian za pomoc koleżeńską - przecież beze mnie nie dałaby sobie rady.

Juleczka
-------------------------------------------------------------------------------- (do góry strony)

TVN ( TV Nerwicz )
2003-12-16

Korzystając z okazji chciałabym pochwalić się moimi ostatnimi osiągnięciami w dziedzinie hmm... jakby tu powiedzieć ... aktorstwa.
Wygrałam prowadzony przez telewizję TVN ( TV Nerwicz ) casting na prowadzącą debato-toko-szoło pt.:
"Decyzja w tłoku". Pracę zaczęłam od zaraz, a realizator dał mi wolną rękę w wymyśleniu tematu.
Cóż miałam zrobić, po krótkim namyśle rzuciłam niecodzienny temat "Czy Juleczka jest ideałem norwicha ?". Wprawdzie zauważyłam podejrzane szepty wśród zgromadzonej widowni, która to miała zaraz zadecydować,
jaka padnie odpowiedź na zadane przeze mnie pytanie, ale zignorowałam to, gdyż jestem pewna, że nie ma rzeczy bardziej rzeczywistej.
Po znaku danym przez operatora kamery zaczęłam przemawiać.
- Witam Szanownych Państwa w nowym programie nadawanym od dzisiaj na naszej antenie. Zasady są proste -
ja omawiam pytanie, Państwo decydują się na jedną z możliwych odpowiedzi i siadają pod transparentem
z odpowiednim napisem. Następnie argumenty padają z dwóch stron, a wygrywa ta, która w ciągu 3 godzin zbierze więcej osób po swojej stronie.
Dzisiejszym tematem jest: "Czy Juleczka jest ideałem norwicha ?". Proszę o wstępne zajęcie miejsc.
Zgromadzeni zaczęli wirować i nie było widać wśród nich większej organizacji. Ankietowanych było stu, żeby ułatwić przeliczanie na procenty. Mniej więcej połowa z nich zasiadła pod napisem TAK, ale druga połowa wciąż niebezpiecznie długo się kręciła.
- Proszę się zdecydować, czas mija - upomniałam kręcących się - proponuję chwilowe zajęcie miejsc po stronie " TAK ", gdyż część studia ze stroną "NIE" obecnie jest remontowana i nie można jej używać.

Nie bardzo rozumiem, dlaczego straciłam posadę. Racja, może troszkę przesadziłam, ale kto nagrywa debatę,
kiedy możliwa jest tylko jedna odpowiedź ?

Red. J. Julia z P.P.
-------------------------------------------------------------------------------- (do góry strony)

Frywolne zabawy na śniegu
2004-01-20

Zima zaczęła się już dawno, chociaż trudno powiedzieć to samo o opadach śniegu, występujących tej zimy
w przerwach mniejszych lub większych. Korzystając z nielicznych okazji do ulżenia swojemu terierzemu charakterowi codziennie wybiegam na orzeźwiający chłód i wykonuję różne figury w śniegu. Niektóre z nich są dosyć osobliwe, znane tylko wtajemniczonym i trudno do wykonania. Inne za to zdobyły uznanie nawet wśród ludzi, np. popularny "orzełek".
Modny ostatnio staje się niejaki breakdance. Otóż, norwichom znany jest już od dawien dawna, właśnie pod postacią mniej lub bardziej skomplikowanych ewolucji w zaspach śniegowych. Turlanie, tarzanie, kręciołki, koziołki, wywijki
i inne figury najczęściej wykonuję podczas nieobecności Mamusi. Wprawdzie czasem zdarza mi się zatańczyć coś przed nią, jednak wtedy oblewam się rumieńcem. Na szczęście Mamusia go nie widzi, gdyż zasłania mi go broda. Jako ciekawostkę dodam też, że dawniejszymi czasy norwichki występowały jako kobiety z brodą, a raczej
z brodami, bo każda miała swoją.
Norwiche nie ustępują Eskimosom w dziedzinie nazewnictwa śniegu. Podobno mieszkańcy północy mają ponad
sto nazw białego puchu - za to ja naliczyłam stos nazw u norwichów.

Julinka z Julinka
-------------------------------------------------------------------------------- (do góry strony)

Odkrywam w sobie nowe talenty
2004-02-09

Długie i ciemne zimowe wieczory nużą mnie potwornie, więc wymyśliłam sobie nowe zajęcie.
Poszerzyłam szeroki wachlarz moich talentów o pisanie wierszyków.

Przedstawiam próbkę mojej nerwicznej twórczości:

Poszła Dora do doktora
i powiada: "Jestem chora!
Z szarej robię się zielona !"
Doktor pofukał, Dorę zbadał,
opukał i powiada: "Pani Doro!
To choroba nieuleczalna."
"Jaka ?" zakwiliła Dora.
"PIŁKOMANIA."  Pewnego razu w Uzbekistanie
powódź zbliżała się szybko niesłychanie
Rzekł więc przywódca: "Drodzy rodacy !
Krawców wielkim nakładem pracy
Każdy ręcznik dostanie"

Pewien Anglik w pubie siadł
trochę wypił, trochę zjadł.
Poczuł się nieco struty,
więc poszedł przez cmentarz na skróty
i do grobu wpadł.

Ta historia zdarzyłą się naprawdę,
na szczęście ów Anglik miał ze sobą
telefon komórkowy i zadzwonił po pomoc
(zwichnął sobie bark) Na posiedzeniu w Londynie siedzi
Stowarzyszenie Białych Niedźwiedzi.
I tak biadają misie lodowe,
co zrobić, żeby były brązowe.
Wtem jeden rzecze: "Najedzmy się miedzi."


Julusia
-------------------------------------------------------------------------------- (do góry strony)

Nowe kwalifikacje
2004-03-04

Ostatnio rozmawiałam z cairnikami. Pytałam się, kim chcą zostać w przyszłości i nie zdziwiło mnie,
kiedy odpowiedziały, że cairnami z licencją piłkowniczą. Wiadomo, bycie piłkownikiem to marzenie każdego cairnika. Przy okazji pomyślałam, że może warto byłoby też mieć ukończony jakiś kurs lub inne tego rodzaju cudo.
Na myśl nasunęła mi się perpektywa szybkiego i niezbyt męczącego podążania za Mamusią. Takie warunki spełniał ... samochód ! Nie, nie, nie ! Nigdy w życiu nie wsiądę do tej trzęsącej potwornej maszyny powodującej mdłości. Zaraz, zaraz ... Jest jeszcze rower. Tak, rower to dobra myśl. Czyli będzie potrzebna karta rowerowa.
Tak oto zdecydowałam się na zdawanie egzaminu na kartę rowerową. Karik mnie trochę poduczył znaków,
ale Mamusi niestety nie udało się nauczyć mnie jeździć na rowerze. Próbowałyśmy różnych sposobów,
ale ciągle nic nie wychodziło. W końcu ustaliłam z Radą Starszych ( czyli z resztą, chociaż nie wszyscy są starsi ),
że będę zdawała na rowerku trójkołowym. W mig załapałam zasady poruszania się na tym cudacznym pojeździe
i już po kilku chwilach jeździłam na nim jak burza. Burza na rowerze ?! Co ja wypisuję ?

Egzamin zdałam, kartę mam, ale na rowerku jeżdżę tylko po podwórku. No cóż, może kiedyś będę miała okazję wyjechać Mamusi na spotkanie na moim trzykowłowym rowerku. Zresztą przecież tym lepiej, im więcej się ma licencji, kart, legitymacji, certyfikatów i tym podobnych.

Yoola
-------------------------------------------------------------------------------- (do góry strony)

Urlop na południu
2004-05-31

Oj, tak - tym razem Mamusia wykręciła mi numer. I to jaki!
Siedzę sobie spokojnie, wpisuję godziny dreptania za Mamą do kalendarzyka, wyliczam czas i odległości, chrumkam sobie pod nosem starą nerwiczną piosenkę, aż tu nagle Mamusia mówi tak: - Juleczka, wyjeżdżamy na kilka dni. Pakuj rzeczy, etolki już ci wyprasowałam, weź botki i paltko. Jedziemy do Czech.
Propozycja ta całkiem mnie zaskoczyła, gdyż byłam przekonana, że nie będziemy nigdzie wyjeżdżać.
Trudno to właściwie nazwać propozycją, gdyż zostałam postawiona przed faktem dokonanym - bilety kupione, etolki wyprasowane, Mamusia spakowana. Zastanowiła mnie jednak pewna sprawa.
- Mamo, powiedziałaś "jedziemy"? Mam rozumieć, że wykluczyłaś jazdę samochodem? - spytałam podejrzliwie.
Jednak Mamusia była przygotowana na taki obrót sprawy.
- Nie martw się Julu, są przecież pociągi.
*
Siedzimy w pociągu. Podałam Mamie walizkę za moimi rzeczami, a ona położyła ją na półce. Wyciągnęła mi książkę
do czytania ( "Przygody dzielnych nerwiczy na przestrzeni wieków widziane oczami jednego z nich. Podróże po wszystkich kontynentach wzdłuż i wszerz oraz pionowo" ). Była jeszcze jedna pani w przedziale, starsza osoba
w kapeluszu, który niewątpliwie przeszkadzał jej i ograniczał widoczność, na co dowód zaraz przytoczę.
Czytałam właśnie piąty rozdział mojej uczonej lektury, gdy owa starsza pani zatrzepotała kapeluszem i powiedziała:
- Jaki śliczny chłopczyk! Taki ładny blondynek. Cóż to za uczoną lekturę tam czytasz dziecinko ? - zawrzała we mnie krew, ale na szczęście się opanowałam.

Postanowiłam puścić ten nietakt płazem. W końcu ta wielka różowa przyłbica stanowiła jakieś usprawiedliwienie. Przytoczyłam więc pełny tytuł książki, a pani zdziwiła się nieco słysząc tak długą nazwę, toteż rzekła to co prawdopodobnie miała aktualnie na myśli, gdyż wyglądała na osobę szczerą. Trudno tu mówić o wyglądzie, zwłaszcza jeśli wspomniany kapelet zakrywał jej trzy czwarte twarzy, więc powinnam raczej użyć sformułowania
"ze sposobu bycia wynikało, że jest osobą szczerą".
Wróćmy jednak do tego, co powiedziała.
- Aha.
Posłałam jej rozbrajający uśmiech i zagłębiłam się w pasjonujących przygodach Alberta Anatola N., jednego
z wybitnych przyrodników i wojażerów. Jechał właśnie na wieprzu na oklep przez prerię i już, już rozjuszony pararumpapurak miał go dogonić, gdy spod kapelusza wydobył się stłumiony głos.
- Może cukiereczka ? - naprawdę, była to sympatyczna osoba, lecz czy musiała mi przerywać akurat w momencie szarży pararumpapuraka na Alberta Anatola N.?
- Dziękuję, wezmę jednego - odpowiedziałam uprzejmie i wyciągnęłam rączkę w kierunku torebki ze słodyczami
i wtedy wypadki zaczęły się toczyć bardzo szybko.
- A czemu ty, dziecko, masz taką kudłatą rączkę? - niemalże zawołała z przestrachem kobiecinka, po czym wskoczyła na siedzenie, jakby zobaczyła co najmniej czterokrotnie powiększoną mysz. Złapała swoją różową torbę
i ciągle piszcząc wybiegła z przedziału.
- Dziwne - powiedziała Mamusia i spojrzała na mnie wymownie. Schyliła się i podniosła jedną z dwunastu różowych apaszek, jakie miała na szyi staruszka ( liczyłam, kiedy wyjmowała cukierki ).
- Spójrz, jakie inicjały: C.K. - zauważyła Mamusia.
- A co, że niby dezerterka ? - zachichotałam.
- Nie. To musi coś znaczyć.
Pomyślałam chwilę i nagle mnie olśniło.
- Czerwony Kapturek ! Zobacz, wszystko się zgadza: kapturek to kapelusz. Różowy nie czerwony, bo wypłowiały. Wypłowiały, bo długo używany. A długo używany, bo staruszka ! No i jeszcze wystraszyła się kudłatej rączki,
to na pewno uraz z dawnych lat, kiedy wilk przebrał się za babcię.
Nagle wpadłam na szatański pomysł. Miałam okazję powtórzyć wyczyn dzielnego Alberta Anatola N.,
z tą różnicą, że tym razem ja będę pararumpapurakiem.

Zeskoczyłam z siedzenia i wybiegłam na korytarz.
- Halo, proszę pani! Mogę prosić o autograf ?
*
- I jak? - zapytała Mamusia - Złapałaś ją?
- Nie - odpowiedziałam zawiedziona - ale widziałam, jak skakała na dach drugiego pociągu.
Już się bałam, że nie trafi, ale w ostatniej chwili zdjęła tę swoją różową patelnię. Nieźle się trzyma jak na swój wiek. Słyszałam o międzynarodowych zawodach Fitness Czerw Kap, pewnie to jej zasługa.

Julion
-------------------------------------------------------------------------------- (do góry strony)

Pieśni Nilsa
2004-08-25

Minęły trzy miesiące, dużo wody upłynęło, jedni urośli, inni się urodzili, a ja drepczę za Mamusią jak zwykłam była.
W domu pojawiły się małe amstaffki. Karik mówi, że im bardziej się złoszczę, tym jestem śmieszniejsza.
Maluchy się od niej tego nauczyły i tarmoszą mnie we wszystkie strony, a ja jakoś nie widzę w tym nic śmiesznego.

Korzystając z okazji chciałabym przedstawić mój utwór, nienajmłodszy już, ale z nadmiaru obowiązków (Mamusia) zapomniany. Odnosi się on do nadzwyczaj dziwacznego nawyku Nilsa - daje on wieczorne koncerty, uprzednio wchodząc pod kołdrę i dbając o to, aby światło było zgaszone. Podobno śpiewa coś w języku swoich ojców,
a że czasami da się słyszeć tęskną nutę, a czasami wręcz przekleństwa (nikt nie rozumie, ale i tak wiadomo)
więc postanowiłam ułożyć taką oto pieśń:

A Nils znów
używa brzydkich słów,
stając na kudłatym czerepie swym:
Ajajaj, cóż za barbarzyński kraj,
współczuję cairnom tutejszym !
Przysłano mnie tu z misją,
lecz jaką, nie wiem sam,
pewnie swoje geny szerzyć tutaj mam.
W wiadrach tutaj noszą prąd -
Mamo, zabierz mnie stąd !

W takim razie - do usłyszenia !
Julcia
-------------------------------------------------------------------------------- (do góry strony)

Najnerwiczniejsza piosenka
2004-09-06

Ach, jaka ja jestem ostatnio muzykalna ! Przypomniałam sobie stare przeboje i postanowiłam zorganizować plebiscyt na "Najlepszą Nerwiczną Piosenkę". Przedstawiam wyniki.
Zacznijmy od miejsca trzeciego, jak obyczaj każe. Zaszczytne, trzecie, a zarazem ostatnie miejsce zajęła najstarsza z przyśpiewek, a właściwie fragment piosenki o ogólnym przesłaniu "w czasie deszczu dzieci się nudzą".
Oddano na nią cztery głosy (Dora, Toby, Gafa, Britta). Oto tekst (część dot. nerwiczy):

A nerwiczki w swych kaloszkach,
wskakują do kałuży,
kiedy innym czas się dłuży,
nerwiczki śmieją się:
Hihi!

Melodia niestety nie do przełożenia na papier (papier?!), hmm ... na słowa, można uznać, że należy do gatunku prostych i przyjemnych.
Drugie miejsce - uwaga, uwaga - wymysł i wariacja w jednym na temat nowo powstałej subkultury nerwicznej,
z którą osobiście się nie identyfikuję, zresztą nieosobiście też nie bardzo. Jednak ambicją autora tekstu było oddanie liczebności grupy moich zwolenników oraz stopnia ich zaangażowania w krzewienie haseł wychwalających moją osobę. Pięć głosów (Layla, Nils, Ronka, Karik, Fendek) i lokata druga dla piosenki o melodii nieokreślonej z powodu dość rozbieżnych wersji wykonania.
Ale określmy ją jako "rytmiczną".

Szalikowcy od Nerwicza
wypisują na ulicach:
Nerwicz górą! Nerwicz pany!
Nerwicz rządzi! Nerwicz Chuligany!

Już na murach hasło za hasłem:
Dla Nerwicza wszystko bułka z masłem!
Nerwicz górą! Nerwicz pany!
Nerwicz rządzi! Nerwicz Chuligany!

I - tamtadadaaam! - pierwsze miejsce: Mamusina zaśpiewka o nieskomplikowanym tekście i ujmującej melodii.
Głosów sześć, Mama, ja, Mama, ja, ja i Mama. A teraz

"Nerwiczu" Mamusi, melodia ludowa.

Nerwicu, Nerwicu
tralalala!

Głosującym w ramach rekompensaty udzielono atrakcyjnych zniżek na gruszki i jabłka z ogrodu o wartości proporcjonalnej do ilości oddanych głosów.

Julusia
-------------------------------------------------------------------------------- (do góry strony)

Obława
2004-10-03

Tak, tak. Ostatnio zaniedbałam mój blog, ale miałam łapki pełne roboty. Musiałam wyprawić Karika do Simona, Gafę do Popcorna, a Nilsa do Rybnika. Dobrze, że chociaż Ronka mi pomogła przy Nilsie i cały wieczór prasowała mu spodnie w kancik.
Niedawno Niaćka ... Może na początku wyjaśnię kto to, bo chociaż każdemu zdążyłam to tłumaczyć już pięć razy,
to zawsze każdy zapominał i się dziwił - Niaćka lub Niacia to inaczej Korek. Jak była mała to tak na siebie mówiła i już zostało.
Otóż Niaćka niedawno dostała zaczyn na chleb świętojański. Dla niepoinformowanych, zaczyn ten rośnie ( jak zresztą każdy inny ), a następnie jest dzielony na cztery części. Trzy oddaje się dobrym ludziom, a z czwartego piecze chleb. Po dziesięciu dniach czekania i nakłaniania zaczynu, żeby nie wychodził z miski, udało się wyprodukować wysokiej klasy wypiek rumiany i bardzo smaczny.
Ale chleb chlebem. Dziś odbyła się wspomniana już wcześniej wystawa w Rybniku. Nils oczywiście zanim dojechał już zdążył ubłocić pieczołowicie prasowane w kancik spodnie, ale Ronka się o niczym nie dowiedziała.
Dzwonił do niej zaraz po zejściu z ringu, żeby powiedzieć, że wygrał rasę.
Przyjechali już, a Mamusia opowiedziała historię, która zdarzyła się na sześć godzin przed otwarciem wystawy.

Historia Mamusi

Godzina 4.00. Mamusia śpi smacznie, ale coś wyrywa ją ze snu. Ktoś śmiał wszcząć chrobot ! Straszne.
Mamusia patrzy na zegarek. Patrzy, patrzy i w końcu po krótkiej chwili zauważa cyferki. Godzina 4.02.
Mamusia myśli. Umysł jej, otępiały po nagłym wybudzeniu próbuje zidentyfikować hałas dochodzący z kuchni. Mamusia rezygnuje i zakłada sobie poduszkę na głowę.
Godzina 4.10. Niezmordowany osobnik chroboczący wciąż hałasuje. Mamusia przewraca się z boku na bok, przygniatając mnie po drodze. Hrr, hrr, szzzszzz, ffff ....

Mama wydaje dźwięk dający się określić jako jękliwy wzdech.
Godzina 4.19. Dźwiękowiec nie zaprzestaje prób wzbudzenia u nas wściekłości. Mamusia zaczyna przygotowywać się do wstania, przy czym ponownie zostaję przyciśnięta.

Godzina 4.26. Podświadomie działająca Mamusia klasyfikuje dźwięk jako szuranie bosych mysich stóp o sprzęty kuchenne. Następnie zrzuca jedną nogę z łóżka.

Godzina 4.31. Mamusia kiwając się jak pingwin rusza w kierunku kuchni. Podczas wędrówki (!) obmyśla chytry plan złapania myszy na gorącym uczynku. Potykając się razy kilka dochodzi do włącznika światła, liczy do trzech i zapala lampę.
---REKLAMY---
- Mamusiu, czy wiesz, że Ronka ma już ponad sześćset sklepów ? itp.
---REKLAMY---
Liczy do trzech i zapala lampę. A tam ... Drożdże od chleba świętojańskiego rozsadzają słoiki.

***

Nie wiem, czy ktoś zna historię o trumnie na kółkach, ale to ten sam gatunek. Tymczasem żegnam,

Juleczka

-------------------------------------------------------------------------------- (do góry strony)
Drożdże atakują 2: Zemsta
2005-03-25

W obecnej dobie, kiedy ludzie gonią za pieniądzem i karierą, dla nikogo nie jest tajemnicą, że coraz mniej czasu poświęcają na kontakty między sobą na stopie przyjacielskiej. Pewne zaskoczenie jednak może wywołać fakt,
iż przykładem w tej dziedzinie świecą formy życia pozornie prymitywne. Kwestią dyskusyjną jest to, czy ich więzi
nie są spowodowane brakiem możliwości awansu, ale to zostawmy na później.
Po raz kolejny drożdże udowodniły, że są w stanie stawić czoło nieludzkiemu wyzyskowi, jaki stosuje wobec nich Mamusia. Wszyscy już przyzwyczailiśmy się do corocznych okołowielkanocnych manifestów zajączków, baranków i kur (dla przypomnienia w zeszłym roku kury nioski zużyły 6 tysięcy jaj na rzucanie nimi w polityków, którzy baranieli na widok żywych zajączków wysmarowanych czekoladą), lecz nie każdy jeszcze wie, że drożdże również wykazują niezwykłą solidarność ze swoimi współbraćmi.
Niestety, do przecieku nie doszło, w związku z czym nie wiadomo, kto i jaką drogą przekazał drożdżom informację
o rzekomej masowej produkcji chlebów świętojańskich w naszym domu. Najprawdopodobniej w użyciu była poczta pantoflowa lub pantofelkowa, gdyż drożdże utrzymują bliskie kontakty z tymi jednokomórkowcami. Jedna z wersji podaje jako środek przekazu głuchy telefon, co tłumaczyłoby nieporozumienie, do jakiego doszło w toku przygotowywania akcji: rozeszła się wieść o wyżej wspomnianej masowej produkcji, podczas gdy naprawdę chleb świętojański upieczony został tylko raz.
Odłam drożdży dążący do autonomii, tzw. drożdże instant, mimo konfliktów z konserwatywnymi partiami popierającymi kult cukru i wody, przyłączyły się do akcji ataku na Mamusię tkniętą chęcią przygotowania smakowitego trunku według przepisu z czasopisma, którego nazwy nie podam, gdyż mogłabym być posądzona o kryptoreklamę.

Tak więc Mamusia zabrała się do przygotowywania napitku. Z początku wszystko szło po jej myśli: najpierw starła skórkę z dwóch cytryn i wyscisnęła z nich sok, potem dodała szklankę cukru i dwie łyżki imbiru, dolała szklankę wrzącej wody, odstawiła na dziesięć minut, a następnie wlała do półtoralitrowej butelki ową substancję oraz wcześniej przygotowane drożdże i dopełniła zimną wodą. Napój miał przykazane stać w odosobnieniu dobę,
zanim stanie się zdatnym do picia. Noc minęła spokojnie.
Atak nastąpił rano. Mamusia, jako osoba ciekawa świata i skłonna zajrzeć wszędzie tam, gdzie akurat jest to odradzane, poszła skontrolować postępy "piwa" imbirowego w samodoskonaleniu. Ostrożnie zaczęła odkręcać zakrętkę, zwaną przez niektórych "korkiem", jednak ostrożność jej nie stanęła na przeszkodzie, aby zawartość butelki pod wpływem ciśnienia wydostała się z niej z prędkością światła i rozprysnęła po całej kuchni, nie omijając żadnego zakątka. Zemsta drożdży została wykonana.

Historia ta nie jest oparta na faktach - jest całkowicie prawdziwa. No, może z wyjątkiem opisu rozmieszczenia napoju w kuchni po wybuchu, ale tu już pretensje proszę kierować do Mamusi lub ewentualnie do Korka,
która z chęci nadania większego dramatyzmu mogła nieco przekolorować pewne szczegóły.

stroskana stanem Mamusi po zetknięciu z brygadą drożdży - Jula

P.S. Wprowadziłam zakaz wprowadzania drożdży na teren domu. Mogą wchodzić jedynie na smyczy, w kagańcu
i z opiekunem.
-------------------------------------------------------------------------------- (do góry strony)

"Albert Anatol na Dzikim Zachodzie"

2005-04-20

Ostatnio wpadł mi w ręce jeden z tomów wspomnień Alberta Anatola N., tego samego, który wykazał się niezwykłym bohaterstwem jadąc na oklep na wieprzu przez prerię. Nawiasem mówiąc, zajście z pararumpapurakiem skończyło się oczywiście szczęśliwie dzięki nadzwyczaj prędkiemu refleksowi i wybitnemu intelektowi dzielnego podróżnika.
Tym razem Albert Anatol wzuł buty z ostrogami, wdział skórzaną kurtę oraz takiż kapelusz i wybrał się na Dziki Zachód penetrować tamtejsze obyczaje. Zanim tam dotarł (a warto wiedzieć, że ostatnim razem przebywał z tajną misją w Tybecie, gdzie przy okazji zgłębiał tajniki buddyzmu), przeżył wiele przygód mrożących krew w żyłach, których jednak przytaczać nie będę, gdyż musiałabym po prostu przepisać jego pamiętniki, co mija się z celem, skoro można je najzwyczajniej w świecie osobiście przeczytać. Dotarłszy na miejsce miał łapki pełne roboty.
Już w pierwszych dniach spotkał się z nie lada zadaniem, które oczywiście udało mu się wykonać, za co wdzięczni mieszkańcy miasteczka St Helen&Frank wystawili mu pomnik. Jak się jednak później okazało, statua zniszczała
w ekspresowym tempie, jako że z braku lepszego surowca pod wpływem spontanicznego uniesienia została zbudowana z cukru, wobec czego przy pierwszym deszczu się roztopiła. Przetrwał natomiast inny ślad szlachetnej działalności Alberta Anatola - ballada wykonywana do dziś podczas dorocznych obchodów zbudowania w miasteczku pierwszej studni, w której utonął binokular bratanka ukochanej pierwszego burmistrza, wyłowiony zresztą przez ekipę archeologów-nurków przed sześcioma laty.

Dziś w St Helen&Frank miejsce miał napad na bank.
Zanim bankier z łóżka wstał, założył, co pod ręką miał,
nim zawył pies, nim krzyknął ktoś, rabuś złupił bank na wskroś.
Kula zamek kasy przebiła - to na pewno Rabarbar vel Żyła.

Ref.: Ale już nadjeżdża prawa stróż,
bandyta zły przed nim drży.
Ale już nadjeżdża prawa stróż,
ostrogą kłuje konia w bok.
Kto winę na sumieniu ma,
prędko odwraca wzrok.

W St Helen&Frank szeryf bada napad na bank,
bo nim bankier z łóżka wstał, założył, co pod ręką miał,
nim zawył pies, nim krzyknął ktoś,rabuś złupił bank na wskroś,
Nie minęła nawet chwila, gdy szeryf rzekł: "To na pewno Żyła".

Ref.

I w St Helen&Frank, gdzie dziś był napad na bank,
szeryf wyprawił z listem posła i odjechał, aż kurzawa się podniosła.
Z marsową miną pędził przez step, aż zobaczył w trawie drewniany trep.
Gnał i gnał, prawie koń mu padł, gdy nagle zobaczył kolejny ślad.

Ref.

Sokolim okiem swym dostrzegł szałas, ognisko i dym.
Nad stepem zapadał już mrok, gdy na ziemi pierwszy postawił krok.
Jakaś postać w szałasie się skryła i był to na pewno Rabarbar vel Żyła.
Rano wolny, nocą zakuty w kajdany - tak skończył nikczemnik cwany.

Ref.

Tak więc Albert Anatol poskromił groźnego bandytę. Nie była to jednak jedyna podła kreatura, od której nasz bohater uwolnił mieszkańców Dzikiego Zachodu. Za sprawą schwytania Rabarbara vel Żyły Albert Anatol stał się sławny, wręcz uchodził za postrach niegodziwych rewolwerowców. Pewnego dnia, kiedy to spokojnie sączył whisky
w jednym z saloonów, w których zwykł bywać, drewniane drzwiczki otworzyły się z hałasem i na progu stanął Robbie Robber - facet, który zapałkę zapalał od zarostu, a ponadto przez ostatnie kilkanaście lat okupywał czołówki rankingów na najszybszego, najokrutniejszego oraz najskuteczniejszego rewolwerowca. Warto też dodać,
że magazyn "Elpoep" umieścił go na liście 50 najbrzydszych ludzi świata (prawdopodobnie dlatego, iż lewe oko miał
w miejscu prawego i odwrotnie). W młodości brał udział w przedszkolnym przedstawieniu, gdzie grał wilkołaka, jednak zrezygnował z kariery aktorskiej, kiedy jedna z mamuś pochwaliła go za "bardzo naturalnie wyglądającą maskę", mimo, że nie był nawet ucharakteryzowany. Jedyną żywą istotą, do której się od tej pory odezwał była jego klacz o wdzięcznym imieniu Dulcynea.
Po tej niewielkiej dygresji wróćmy jednak do zdarzenia, które odmieniło krwawe oblicze Dzikiego Zachodu: drewniane drzwiczki otworzyły się z hałasem i na progu stanął Robbie Robber. Wszelkie rozmowy ucichły, a wszystkie oczy zwróciły się ku postaci stojącej w wejściu otoczonej tumanem kurzu. Obecni w saloonie zdążyli się już przyzwyczaić, że Robbie Robber strzałem wskazuje osobę, która najmniej mu się podoba, więc starali się nie odzywać, aby przypadkiem nie powiedzieć jednego słowa za dużo. Tymczasem Albert Anatol dalej spokojnie sączył whisky, udając, że nie widzi poruszenia, jakie wywołało wejście Robbiego. Nikt nie zdawał sobie sprawy, że za chwilę zdarzy się rzecz niezwykła.
- Kto - zapytał Robbie Robber - przemalował mojego konia na różowo?
Dało się słyszeć dźwięk upadania na podłogę zemdlonych rewolwerowców. Dla tych, którzy nie wiedzą dodam,
że omdlały twardziel upada na podłogę nieco inaczej, niż na przykład nieco bardziej miękka panienka, z której nagle odpłynęły soki życiowe, wobec czego dźwięk też jest inny, zresztą łudząco podobny do hałasu, jaki wywołuje upadnięcie na podłogę niedomagającego niedźwiedzia. Reakcja ta była spowodowana trzema faktami:
tym, że Robbie Robber przemówił, tym, że ktoś, komu najwyraźniej życie niemiłe, przemalował Dulcyneę na różowo oraz tym, iż osobnik ten musiał być kompletnie pozbawiony gustu.
- Ja - odpowiedział Albert Anatol i odwrócił się twarzą do wejścia - A bo co? - dodał z całym spokojem.
Przerażenie wymalowało się na twarzach obecnych. Znów zapadła krępująca cisza. Albert Anatol przenikliwym wzrokiem patrzył na Robbiego, ten za to nie ruszał się, jedynie ciężko oddychał.
- A bo co? - zapytał ponownie Albert Anatol.
Cisza.
- Nic, nic, chciałem tylko powiedzieć, że ładnie wygląda - odpowiedział Robbie Robber i wyszedł.

Tak skończyła się okropna kariera Robbiego Robbera. Nie pokazał się już więcej w okolicy, ani poza nią.
Chodziły pogłoski, że różowa Dulcynea błąkała się gdzieś po bezkresnych przestrzeniach ze swoim właścicielem
na grzbiecie, ale nie było to prawdą. W rzeczywistości Robbie Robber odczyścił konia, ogolił się porządnie i wyjechał
do Europy szukać szczęścia na deskach teatrów Starego Kontynentu. Wystąpił nawet w roli głównej w balecie
"Don Kichot", a Dylcynea zagrała Rosynanta.

Jeśli ktoś chciałby dowiedzieć się więcej o przygodach Alberta Anatola N. zachęcam do czytania jego pamiętników.

Pozdzrowienia,
Julka

-------------------------------------------------------------------------------- (do góry strony)
Detektywistyka staroarabska
2005-11-30

Dziś miało miejsce zdarzenie, które niechybnie zostanie wpisane do kronik kryminalnych: kradzież! I to kradzież nie byle jaka, lecz bezczelna, a w dodatku w biały dzień.
W związku z wyjątkowo wczesną godziną, o której Mamusia zażyczyła sobie wstać, byłam zmuszona do przełożenia śniadania na później. Nie omieszkałam jednak przygotować sobie składników i zostawić ich na stole.
Na szczęście okazało się, że Mamusia poszła tylko otworzyć bramę murarzom, więc mój wygłodzony żołądek długo czekać nie musiał.
Wracam do domu, zasiadam do upragnionego posiłki i co widzę? Otóż to - widzę, że nic nie widzę. Śniadanie zniknęło! Niczym kamfora lub, jak kto woli, igła w sianie.

Upewniwszy się, że to nie ułuda, wpadłam w furię i zaczęłam rzucać wyrazami wątpliwej urody oraz przedmiotami stojącymi najbliżej mnie.
- Kto zjadł moje śniadanie? - zagrzmiałam.
Cisza.
- Nie chcecie się przyznać? Ja was oduczę krzywoustwa! - w tym momencie reakcja przeszła moje najśmielsze oczekiwania: obecni (przedszkolaki w pełnym składzie, czyli Marysia, Gaja, Dobrochna i Adela plus Dora plus Fendek) zaczęli się śmiać! Tego już było za wiele. Zaczęłam tupać i wpijać obcasy w podłogę.
Opanowawszy swoją wściekłość doszłam do wniosku, że przestępca musiał znajdować się w promieniu rażenia mojego wzroku. Niestety, nawet promieniowanie na najwyższych obrotach nie dało skutku i złoczyńca się nie ujawnił. Wtedy podjęłam decyzję o zastosowaniu staroarabskiej metody detektywistycznej. Przyoblekłam swoją twarz w wyraz flegmatyczny, wzorując się na Sherlocku Holmesie, jakiegokolwiek by to nie miało związku ze starożytnym wschodem, a także zaczęłam chodzić możliwie
jak największymi krokami po pokoju.
Na środku postawiłam wiadro z popiołem (zima przyszła, palić trzeba) i kazałam ustawić się w szeregu. Powiedziałam, że wyjdę z pokoju, a każdy ma zanurzyć ręce w popiele. Mieli zdziwione miny, ale postanowiłam
nie tłumaczyć nic więcej i zniknęłam za ścianą.
Po upływie minuty (więcej nie byłam w stanie wytrzymać) wróciłam do pokoju i poleciłam wszystkim pokazać ręcę.
Oto są, pomyślałam, dłonie, a raczej łapska, splamione ohydną zbrodnią. Według staroarabskiej metody niewinni mieli być brudni, a winni czyści, ponieważ podejrzewając podstęp nie nurzali rąk w błocie na brzuchu osła. Spoglądam więc na podejrzanych i co widzę? Czyściochy, ani śladu popiołu, zmowa, spisek, hańba! Czyżby wszyscy mieli brać udział w tym niegodziwym postępku?
- Dlaczego nie włożyliście rąk do wiadra?
- A co to my jesteśmy - brudasy jakieś - żeby się popiołem paćkać?
I tak filozofia starożytnych Arabów legła w gruzach, a zagadka pozostała nierozwiązana. Za to śniadanie odbiłam sobie z nawiązką.

Julianna (na głodzie)
P.S. Pomocny może być wierszyk Danuty Wawiłow o makowcu: "przyleciało wielkie wróblisko/ i gdyby nie ja zjadłoby wszystko"
-------------------------------------------------------------------------------- (do góry strony)
 
Bohomazy Korka
2005-11-30

A oto próbka beztalencia mojej maszynistki. Podpis (ten nieczytelny bazgroł na dole) głosi: "Nerwicz śpi"

Nerwicz śpi

-------------------------------------------------------------------------------- (do góry strony)

Fizyk ichtiolog
2005-12-15

Niedawno Toby przechodząc ciemnym korytarzem potknął się o pudło z książkami. Jako zapalony czytelnik ucieszył się bardzo, kiedy okazało się, że tych pozycji jeszcze nie miał okazji przeczytać, więc natychmiast zabrał się do lektury. Według jego późniejszych relacji były to książki przyrodnicze: "Żółw i zając", "Kruk i lis", "Kaczka dziwaczka", "Słoń Trąbalski" i inne. Zafascynowany treścią owych ponadczasowych dzieł postanowił zapisać się do Klubu Miłośników Przyrody "Zielone Pączki".
Już po kilku spotkaniach w jego umyśle zakiełkował pomysł hodowania zwierząt. Wyposażony w słoik i siatkę
na motyle ruszył na łowy, ale niestety okazało się, że zimowa aura nie sprzyja podobnym przedsięwzięciom.
Ponieważ próby zaadoptowania much również się nie powiodły, Toby zrezygnował z hodowli pająków. Po kilku nieudanych próbach złapania jakiejkolwiek żywej istoty zdecydował, że zakupi zwierzę w sklepie.
Jakże ogromne było jednak moje zdziwienie, gdy spowita w higroskopijną materię szlafroka, marząc o pachnącej kąpieli, odkryłam, że w wannie pławią się paluszki rybne w złocistej panierce.
- Toby! Skąd się wzięły w wannie paluszki rybne? - zawołałam najdonośniej, jak potrafiłam.
Do łazienki wtoczył się Toby odziany w płaszcz nieprzemakalny. W kaloszach, goglach i z siatką na motyle w ręku wyglądał nieco groteskowo.
- Jak to co? - odpowiedział - Hoduję złote rybki.
***

Po tym zdarzeniu na kilka tygodni Toby zrezygnował z obcowania z przyrodą. Zajął się analizą konstrukcji równi pochyłej, po czym po długotrwałych badaniach stwierdził, że zamiennie można używać terminu pochyła równia.
Za to odkrycie został nawet nominowany do prestiżowej nagrody o nazwie Guz Newtona, co najwyraźniej wziął sobie
do serca, gdyż obecnie szuka guza prowadząc obserwacje pod hasłem "wpływ stopnia przetarcia sznurka
na prędkość spadania cegły na nim zawieszonej".
Wyniki badań wkrótce ukażą się w "Świerszczyku".

Tymczasem pozdrawiam,
DŻULieta
TOBY - Fizyk ichtiolog
------------------------------------------------------------------------------- (do góry strony)
Widmo
2006-01-26

O nie, nie mam najmniejszego zamiaru mieszkać w nawiedzonym domu! I to w domu nawiedzonym przeze mnie samą!
Ale zacznijmy od początku. Mamusia w ostatnich dniach jest zajęta niebagatelną sprawą urządzania domu.
Biorąc pod uwagę, że kolor sufitu ma pasować do ścian, ściany do drzwi, drzwi do podłogi, a podłoga do całokształtu,
to zadanie ma nie lada trudne.
Oczywiście w każdej kwestii Mamusia pyta mnie, co sądzę, więc ja też mam ręce pełne roboty. Dziś wieczorem
na przykład, około dziesiątej, wybrałam się z nią na obchód nowobudowanego domu, zwanego sarkofagiem.
Po szczegółowych pomiarach ścian łazienki poszłyśmy oglądać detale w pokoju i wtedy właśnie stało się coś strasznego ... Miałam wizję: Mamusia w zimowej kurtce stoi z miarką w ręku i się śmieje, a obok niej stoję ja, wyraźnie czymś wystraszona.
- Mamo! - krzyknęłam - Chodźmy stąd, tu straszy!
- Ależ spokojnie, Julka. Przecież nic się nie stało - uspokajała Mamusia.
- Widziałam duchy. Ten dom jest nawiedzony.
- Ja nic nie widziałam.
- Do stu diabłów, chyba nie jestem koślawa na umyśle, Mamusiu? - wolałam się upewnić.
- Nie martw się, Jula. Zjawy często pokazują się w drzwiach balkonowych.

Na swoje usprawiedliwienie dodam, że nie był to ani zamierzony seans spirytystyczny, ani tym bardziej spirytustyczny. Naprawdę to widziałam!

Czuj duch!
Julcia

-------------------------------------------------------------------------------- (do góry strony)
Zostaję handlowcem
2006-01-27

Sztuką trudną, jakkolwiek coraz bardziej widoczną, jest sprzedawanie produktów absolutnie niepotrzebnych osobom w ogóle nie zainteresowanym zakupem. Korzystając z mojego daru przekonywania oraz wrodzonej fantazji postanowiłam zaryzykować i już po półgodzinnej penetracji strychu zgromadziłam niemały arsenał.
Pierwszą napotkaną osobą była Marysia. Sięgnęłam ręką do worka i wyciągnęłam pierwszy z brzegu pakunek.
- Marysiu, poczekaj chwilę. Czy nie uważasz, że przydałby ci się krem przeciwzmarszczkowy? Mam tu jeden
na zbyciu.
- Chyba żartujesz, Julka. Przecież nie mam nawet roku, a ty chcesz mi wmówić, że potrzebuję jakiejś wygładzającej mazi - okazało się, że cairnica jest bardziej odporna, niż myślałam.
- A udowodnić ci, że masz zmarszczki? - zagrałam va banque, chociaż jeszcze nie miałam żadnego pomysłu,
gdzie na ledwo odrosłej od ziemi Maryśce znaleźć jakieś rowki.
- No dobrze, spróbuj - zgodziła się, przekonana, że nie mam szans. W tym właśnie momencie nad moją głową zaświeciła się żarówka, zupełnie jak w "Pomysłowym Dobromirze" (PS. Pozdrowienia dla wszystkich fanów tej kreskówki!).
- Zegnij rękę w łokciu i powiedz co widzisz - powiedziałam tryumfalnie. Marysia zgięła łapkę, po czym po dłuższej chwili zastanowienia odparła:
- Futerko.
Załamałam się. W zgięciu łokcia musiały być przecież zmarszczki. Poradziłam więc Marysi, żeby rozgarnęła włosy
na boki, a na pewno zobaczy zmarszczki. Ku jej zdumieniu, rzeczywiście tam były.
- I widzisz - mówiłam - miałam rację. Ten krem na pewno ci się przyda. Ani się obejrzysz, będziesz miała zmarszczki na kolanie.
- A ile kosztuje? - spytała.
- Pięć złotych - Marysia wysupłała z kieszonki szmaciany portfelik i po przeliczeniu miedziaków oraz przejrzeniu dalszej jego zawartości zmartwiła się bardzo.
- Nie mam drobnych - powiedziała i spuściła nos na kwintę.
- To żaden problem. Dorzucę ci kaftan bezpieczeństwa gratis, zapłacisz jedyne dwadzieścia złotych, a ja nie będę musiała ci wydawać reszty.

Już mam pomysł, jak sprzedać Layli pierze na poduszki, ale dziś jest już późno. Spróbuję jutro.
Julusia

-------------------------------------------------------------------------------- (do góry strony)
Los Menelaos
2006-07-05

Niedawno nawiązałam kontakt z pewną nerwicą [tj. nerwiczem płci żeńskiej] z USA. Korespondujemy ze sobą już
od kilku tygodni i dowiedziałam się, że moja nowa znajoma pracuje jako antropolog.
W przedostatnim liście zapytała mnie, gdzie właściwie leży Polska, bo w literaturze specjalistycznej znalazła wzmiankę o zaginionej kulturze, która występuje właśnie na terenach dzisiejszej Polski i nazywa się Menelaos.
W odpowiedzi napisałam, że Polska leży między jednym biegunem, a drugim, a kultura Menelaos to raczej w Grecji.

Nie zgodziła się ze mną i przytoczyła opis przedstawicieli owej tajemniczej cywilizacji:
"Menelaos to kultura o nieznanym pochodzeniu, jakkolwiek przypuszcza się, że jest to odłam rdzennych plemion słowiańskich zamieszkujących tereny obecnej Polski.

Kultura ta prawdopodobnie oddzieliła się od głownego nurtu około 200-300 lat temu i od tej pory rozwija się samodzielnie i pogłowie wciąż sie zwiększa, co jest godne zastanowienia, ponieważ członkami tej grupy są głównie osobniki płci męskiej. Fizjonomię typowego Menelaosa można przedstawić następująco: jest to osobnik nikłej postury, o śniadej cerze i gęstym zaroście. Często brakuje jednego lub więcej przednich zębów, które są usuwane lub wybijane prawdopodobnie podczas procederu inicjacji plemiennej, polegającego na szybkim uderzaniu zwiniętą dłoną w twarzoczaszkę młodego osobnika.
Menelaos posługują się osobliwym językiem, przypominającym mieszankę dialektów słowiańskich z naleciałościami germańskimi, przy czym w ich języku występują słowa, które można wyrazić za pomocą szeregu mlaśnięć, beknięć
i innych dźwięków wydawanych przy zaangażowaniu większej części ciała, niż aparat gębowy. Zasób wyrazów jest niewielki, a do wyrażania uczuć, np. złości, podziwu, zaskoczenia lub też dla wzmocnienia zaczenia wypowiedzi używane jest słowo o brzmieniu podobnym do włoskiego słowa >>zakręt<<.
Menelaos nie posiadają żadnego charakterystycznego stroju ludowego. W wypadku świąt plemiennych zakładają odrestaurowane szaty codzienne. Istotnym elementem wyposażenia Menelaosa jest metalowy przedmiot
o zakrzywionym końcu, służący do otwierania tykw wykonanych ze szkła, w których przechowuje się sfermentowany napój będący jedynym pożywieniem tej osobliwej kultury."
Po zapoznaniu się z opisem odpisałam pani antropolog, że kultura ta bynajmniej nie jest zaginiona i owszem, istnieje, a nowi cżłonkowie są rekrutowani wśród głownego nurtu plemiennego, zaś nazwa nie brzmi "Menelaos",
jak zapisał badacz, lecz raczej "Menelos".

Yoł! Jula

-------------------------------------------------------------------------------- (do góry strony)
Cztery żywioły Nerwicza
2006-07-26

Z okazji niedawnych urodzin Mamusi wyprawiliśmy wielki bal przebierańców na szesnaście osób i czworo ludzi.
Każdy z uczestników miał się przebrać możliwie jak najbardziej oryginalnie, a nagrodą za najlepszy strój miał być gigantyczny pączek, oczywiście do podziału z innymi, a w szczególności z Mamusią.
Postanowiłam nie próżnować i już tydzień przed balem zaczęłam przygotowywać strój. Przekopałam wszystkie szafy od góry do dołu i z powrotem, a następnie wybrałam PŁONĄCY BANAN. Problem miałam nie lada, bo jak tu uszyć strój banana i w dodatku płonącego? W końcu uszyłam w ognioodpornego materiału kostium płetwonurka, który
w stosownej chwili miał efektownie zapłonąć. Adela, Dobrochna, Gaja i Marysia przebrały się wspólnie za dżdżownicę kalifornijską, Toby próbował wcisnąć się w strój pirata, ale go rozdał, więc Britta w ostatniej chwili odstąpiła mu strój biedronki. Gafa wystąpiła w negliżu i powiedziała, że jest cesarzową w nowych szatach, a Dora utleniła włosy w celu upodobnienia się do Wioletty Willas. Do kategorii "Gwiazdy" można też zaliczyć Karika, która biegała z pędzlem
w zębach krzycząc, że jest Van Goghiem z obciętymi uszami; a także jej
córki, Ursę Maior i Ursę Minor, przy czym jedna udawała małą niedźwiedzicę, a druga przypięła sobie wrotki
do drabiny imitujące wielki wóz drabiniasty. Ale konkurs wygrałam ja, ma się rozumieć.
W związku z tym prezentuję także inne żywioły nerwiczne, tym razem w roli modelki Dobrochna.

ZIEMIA
Żywioł 1 ZIEMIA
WODA - narodziny Wenus
Żywioł 2 WODA
POWIETRZE - lewitacja kontrolowana
Żywioł 3 POWIETRZE
-------------------------------------------------------------------------------- (do góry strony)
Kariera menedżera przede mną się otwiera
2006-08-22

Najlepsze winniczki są na Placu Kościuszki. Adela lubi je szczególnie jesienią, ale i latem nie mają sobie równych.
Wszystko zaczęło się od plamy, która bezczelnie usadowiła się na rękawie mojego futra. Zazwyczaj unikam miejsc
i sytuacji plamogennych, ale tym razem się nie udało.
Mamusia próbowała ją wywabić wszelkimi sposobami, a ja dzwoniłam nawet do egzorcysty, ale plama nie myślała zmieniać pozycji. W końcu Gafa poradziła, żebym zaniosła futro do pralni.
- To wykluczone! - obruszyłam się - Nie mogę tego zrobić, bo po oddaniu futra musiałabym wrócić naga.
- Nie możesz kogoś poprosić, żeby ci je zaniósł? Słyszałam, że Adela ma jakieś sprawunki w tamtych okolicach.
Na tym stanęło. Toby wysłał Adelę po archiwalne numery "Płomyczka", bo jako lokalny Matuzalem nie miał ochoty ruszać się ze swojego fotela bujanego. Wzięła ze sobą moją katanę. Napiwek, czy raczej naciastek, jak to określa Dora, Adela postanowiła spożytkować na zakup pieczonych winniczków. Ja w tym czasie leżałam nakryta po uszy kołdrą, żeby przypadkiem ktoś nie zobaczył mnie bez futra.
Adela czekała na odbiór prania na ławce w parku, pogryzając chrupiące ślimaki i czytając "Płomyczki". Potem poszła z powrotem do pralni i z ustami pełnymi swojego ulubionego przysmaku poprosiła o numerek "dwaściaedem", wzięła futro zapakowane w torbę z przyciemnianymi bokami i pomaszerowała dziarsko do domu.
Jakże ogromne było moje wzburzenie! Tego należało się przecież spodziewać! Wprawdzie cairniczka wymamrotała prawidłową liczbę, to pracownica pralni źle usłyszała, czego skutkiem było otrzymanie futra numer 21, które,
jak wynikło z sekcji, należało do wiekowego nowofundlanda żującego nałogowo tytoń. Na nieszczęście, pralnia była już zamknięta, więc na wymianę należało poczekać do jutra. Wobec takiego obrotu sprawy przec cały wieczór ciągnęłam za sobą kilometrowej długości rękawy od
czarnego płaszcza wodołaza. Podwiozła mnie Gafa. Swoim zwyczajem na kierownicy trzymała stopy, a resztą robiła wszystko, co niedozwolone podczas jazdy samochodem, tj. uchem przytrzymywała telefon, a rękami zapisywała adresy i telefony. Futro udało się wymienić zanim nowofundland zgłosił się po swoją własność. Praczka przeprosiła, chociaż naturalnie wina leżała po stronie koneserki winniczków.
Ucięłam sobie pogawędkę z ekspedientką, ponieważ Gafa miała wrócić dopiero za dwadzieścia minut. Dowiedziałam się, że coraz mniej osób oddaje ubrania do pralni, że wszyscy wolą prać w domowych pieleszach, a także odkryłam unikalną recepturę płynu do płukania z bawolego moczu i miąższu opuncji, stosowanego w przypadkach zabrudzeń specjalnych. Do konwersacji przyłączyła się też kierowniczka, która ubolewała, że żaden menedżer nie chce podjąć się zadania zmiany wizerunku pralni, który mógłby przyciągnąć klientów.
- Wpadłam na wspaniały pomysł! - zakrzyknęłam i podzieliłam się nim z obiema paniami. Zgodziły się natychmiast.

Od następnego tygodnia pralnię zdobił duży szyld "Pralnia Brudnych Pięniędzy" i pod spodem mały, prawie niewidoczny "Do każdego zamówienia wyczyścimy każdą ilość miedziaków gratis". Podobno ilość klientów zwiększyła o połowę.

J.J.
-------------------------------------------------------------------------------- (do góry strony)

Przygody Stanisława z Łodzi
2008-03-24

Czy Państwo znają rysownika Marka Raczkowskiego? Oto obrazek inspirowany jego twórczością.

TOBY - Fizyk ichtiolog
Jula

-------------------------------------------------------------------------------- (do góry strony)

Ech, dzieci...
2008-07-03

No właśnie. Jak w tytule. Jakkolwiek dawno już minęły moje szczenięce lata, czas je zaćmił i niepamięć,
ale przenigdy nie uwierzę, że działy się wtedy takie rzeczy, jak dziś.
Po pierwsze, kto by pomyślał? Stadko małych Nerwiczów pląsające wzdłuż, wszerz i w przestrzeni!
Po drugie, dawniej dzieci nie miały dostępu do telefonów. A teraz? Proszę bardzo, Pingu bez pytania wziął taboret, wspiął się na niego i zadzwonił do infolinii soków przecierowych z "leklamacją, bo lebus nie wyset, bo tu, plosę pani, powinno być wesoła zabawa, a wysło wesoła ropuchawa i jak to jest, plosę pani".
Za nic mają sobie szacunek dla starszych. Cała czereda bawiąc się w Indian beztrosko przebiega Bricie przez brzuch. Ale Gafa, na przykład, sama się do tego przyczynia, dając Zuzie - no, Zuza to już nie dziecko, ale zawsze młodzież - kulki tytoniu do żucia. Albo: ubranie powinno być skromne, odpowiednie do wieku, a tutaj dziewczynki przyodziewają się w czapraki.
Ech, dzieci...

Julka

-------------------------------------------------------------------------------- (do góry strony)
Reakcja łańcuchowa
2008-11-30

Dziś, racząc się poranną kawą (tym razem będącą ekspresją ekspresu, a nie Dory), wzięłam do ręki czasopismo należące do gatunku tzw. prasy kobiecej. I cóż widzę?

Że gazeta prawdopodobnie adresowana jest do pań w wieku zmarszczkowym, bo na co trzeciej stronie widać reklamy rozmaitych szamańskich mazi zawierających szatańsko inteligentne molekuły odmładzające.
Producenci kosmetyków być może powinni przyjrzeć się tradycyjnym metodom mumifikacji.
Ja jednak opowiem o nieprzemyślanym dążeniu do wiecznej młodości.
Otóż, czytałam niedawno o pewnej pani, która po wieczornej dezynfekcji swojego ciała, nasmarowała się kremem,
po czym oddała się w objęcia Morfeusza. Po upływie nocy w cudowny sposób zniknęła, a wezwani na miejsce funkcjonariusze policji odnaleźli ją w stadium moruli skaczącej po prześcieradle.
Oprócz powyżej wyłożonych następstw używania kosmetyków w zyciu prywatnym, należy pamiętać, że cofnięcie czasu grozi także innymi konsekwencjami, na przykład w postaci późniejszej emerytury. I tu wkraczają skutki w skali kraju - klientki salonów urody żądają emerytur pomostowych, rząd się ugina, państwo bankrutuje, elektrownie wstrzymują produkcję energii i emisję dwutlenku węgla, nie ma prądu, ludzie marzną (zwłaszcza, że ograniczony zostaje efekt cieplarniany), następuje
masowa emigracja do ciepłych krajów, a polski staje się językiem urzędowym nosorożców, a nawet bocianów. Wzmaga się dyskryminacja lemurów, które, mimo prób wpojenia im, że Słowacki wielkim poetą był, nawet na podstawie "Beniowskiego" nie mogą pojąć deklinacji. Lemury pakują się i lecą do Stanów, gdzie nie ma przypadków, słowem, do istnego raju przypadkowego. Koniec świata...
Nawiasem mówiąc, gdy pewnego dnia zwiedzałam pracownię datowania w Muzeum Archeologicznym
i Etnograficznym, usłyszałam, że metoda węgla 14C pozwala na określenie wieku znaleziska z dokładnością do 50 lat, w związku z czym nie poleca się badania w ten sposób pukli włosów ukochanej kobiety, która nie chce zdradzić swojej daty urodzenia.
A może jednak?

Pozdrawiam,
Nerwicz

-------------------------------------------------------------------------------- (do góry strony)
Zajęci
2009-02-01

Witajcie w nowym roku! Niestety, dla mnie nie zaczął się pomyślnie - popadłam w istne towarzyskie tarapaty.
A było to tak...
"Dość już siedzenia w domu, czas się rozerwać", pomyślałam. Tylko co tu robić? W co się bawić?
Wzięłam gazetę do łapki i od razu zauważyłam reklamę pływalni.
- Adela, pójdziesz ze mną na basen? - zagadnęłam.
- Iiii, tam pewnie trzeba mieć czepek na włosy, a ja zgubiłam swój kombinezon do nurkowania - odpowiedziała leniwie, oglądając swoją stopę. Spróbowałam więc zaprosić kogoś innego.
- Willy, może Ty?
- Nie mogę, czekam na telefon od mamy.
Wanda Niemca nie chciała, ale żeby było odwrotnie? Zrezygnowana zapukałam do pokoju Marysi, która właśnie skakała po pełnej walizce.
- Jedziesz dokądś? - zapytałam.
- Nie wiedziałaś? W tym tygodniu jest Kongres Piłkowy. Babcia mnie podwozi, chcesz się przejechać z nami?
Zebrało mi się na wymioty. Podziękowałam i poszłam szukać chętnych w kuchni. Pingu z uwagą studiował dodatek kulinarny do "Pani Domu" otwarty na stronie z krzyżówką, a obok niego siedziała Zuza, wyraźnie czymś zmartwiona. Berta z Werwą stały przy zlewozmywaku i rzucały w siebie pianą, wykrzykując na przemian nazwy odmian jabłek.

- Poszlibyście ze mna na basen?
- Jestem taka zajęta, mam napięty grafik - jęknęła Zuza.
- Przecież nic nie robisz - zauważyłam.
- Nie widzisz, że czekam na kolację?
- Zdaje się, że młode właśnie po niej zmywają - odpowiedziałam z niedowierzaniem.
- Ale jutro jest następna i tak codziennie, codziennie...

Wstała, by wskazując pazurkiem wszystkie dni tygodnia po kolei, dowieść tej straszliwej prawdy.
Tymczasem dziewczyny przy naczyniach sięgnęły po groźniejszy oręż i zaczęły okładać się ścierkami. Być może chwyciłyby także za inne akcesoria, ale Pingu oświadczył, że "jabłko na osiem liter to ani szampion, ani jonagold,
tylko niezgody".
Dalsze próby znalezienia towarzysza także spaliły na panewce. Britta spała tak mocnym snem, że nie obudził jej nawet hit zespołu COMBII, który, gdyby był mniej eksploatowany przez stacje radiowe, oszczędziłby odbiornikom bólu wyłączników.
Cała reszta też była w ten lub inny sposób zajęta, nie umiała pływać albo miała "za grube nogi, żeby je pokazywać innym".
Dobrze, że na jedną Mamusię zawsze można liczyć. Wprawdzie na basen nie poszłyśmy, ale za to oglądałyśmy stare zdjęcia. Łezka się w oku kręci, gdy wspominam plebiscyt na Njnerwiczniejszą Piosenkę.

Juleczka

A to archiwalne zdjęcia: ja i Mamusia, Mamusia i ja, ja i Mamusia.

"" mamai ja mamai ja

-------------------------------------------------------------------------------- (do góry strony)

V.I.P.
2009-04-12

Muszę pochwalić się, że niedawno kupiłam niezwykle ekskluzywny magazyn nerwiczny.
Nawiasem mówiąc, był to jego pierwszy i ostatni numer, gdyż gazeta okazała się tak luksusowa, że mimo serii limitowanej podaż znacznie przewyższyła popyt.
Moje zainteresowanie wzbudziła odważna sesja zdjęciowa popularnej aktorki nerwicznej, która wystąpiła bez czapraka, dowcip o ćwiczeniach na zgrabne udka dla kurczaków, ranking suszarek do sałaty, próbka kremu rozświetlającego do stóp i wywiad z bardzo znanym poetą.
Skupię się na tym ostatnim. Literat opisuje bowiem, jak w młodości był przekonany, że wszystkie wielkie i ważne dzieła powstają na serwetkach w małych kawiarniach o artystycznym wystroju. Dlatego też przesiadywał w tego typu lokalach, czekając na natchnienie i na kelnera z rachunkiem. Najczęściej okazywało się, że obydwa zjawiska ukazywały się jednocześnie, więc artysta czym prędzej uwieczniał swój pomysł. Ilekroć zdawało mu się, że właśnie napisał utwór, który pozwoli jego nazwisku na wieki wieków pozostać w spisie lektur szkolnych, w stanie euforycznym wybiegał z kafeterii, pozostawiając nieuregulowaną należność do oceny przez Boga i historię.
Niestety, żaden z wydawców nie docenił kiełkującego talentu, a młodemu poecie powoli pozostawało coraz mniej kawiarni, w których jeszcze nie zdążył spalić za sobą mostów. Któregoś dnia ostatnie drzwi zamknęły się za nim bezpowrotnie. Przyszły bardzo znany literat był więc zmuszony zakotwiczyć się w lokalach, w których nie było nawet serwetek posłusznie czekających na natchnionych wieszczów.
Punktem zwrotnym w jego karierze okazało się przypadkowe spotkanie z łowcą talentów, który postanowił przekąsić sajgonkę między jednym, a drugim polowaniem.

Zamówił danie, usiadł przy stoliku obok nieszczęśliwego poety i spytał go, czy ma sól.
Ów odpowiedział, że materialnej soli nie posiada, ale za to radość przechodniów jest solą w jego oku,
po czym jego twarz wykrzywiła się w grymasie udręki, regularnie ćwiczonym przed lustrem weneckim w biurze jednego z wydawców.
Wtedy łowca talentów odwrócił w jego stronę głowę, a pukle finezyjnie ufryzowanych dredów zakreśliły pół okręgu, naturalnie niezwykle powoli. Nie zabrakło także plastikowego widelca, który upuszczony, spadał na posadzkę bardzo, bardzo długo.
- Pan - powiedział nieśpiesznie łowca - jest tym, którego szukam.
Dalej wypadki potoczyły się już szybciej. Na zamówienie wielkiej oficyny wydawniczej literat napisał bestseller
"111 życzeń na Wielkanoc". Dzieło rozsławiło jego nazwisko, dzięki czemu mógł zacząć pisać wiersze.
Wprawdzie zrujnowało to rozpoczętą z przytupem karierę, ale wierni czytelnicy wciąż pamiętają dokonanie,
które przyniosło mu sławę.
Tak więc poeta udzielił wywiadu jako bardzo znana osoba.

Pozdrawiam, Jula
-------------------------------------------------------------------------------- (do góry strony)